Kiedy ktoś pyta „kim jesteś”, co odpowiadasz? Niezawodowo, nie przez pryzmat zawodników. Po prostu ty.
DA: Jestem przede wszystkim osobą ciekawą ludzi i życia. Od zawsze fascynowało mnie to, dlaczego jedni potrafią się rozwijać i przekraczać własne ograniczenia, a inni zatrzymują się w miejscu. Interesuje mnie psychologia, sposób, w jaki funkcjonujemy, oraz wszystko, co pomaga lepiej zrozumieć siebie.
Sport zaprowadził mnie do wielu miejsc na świecie i pozwolił poznać ludzi z bardzo różnych środowisk. Byłam zawodniczką, później trenerką, a dziś pracuję z fighterami, sportowcami, przedsiębiorcami i liderami. Każdy z tych etapów nauczył mnie czegoś ważnego o człowieku – o cierpieniu, rozwoju i potencjale, który w sobie nosimy.
Dzisiaj moją misją jest przenoszenie doświadczeń ze świata wysokiej wydajności do codziennego życia. Większość ludzi nie chce zostać mistrzem świata. Chce lepiej radzić sobie ze stresem, emocjami, relacjami i wyzwaniami, które przynosi codzienność.
Wierzę, że światu potrzeba dziś więcej świadomości, zrozumienia i wewnętrznej równowagi. Jeśli mogę pomóc ludziom choć odrobinę lepiej poznać samych siebie, właśnie temu chcę poświęcać swoją energię.
Większość mężczyzn słysząc „mental coaching” myśli: terapia, słabość, gadanie o uczuciach. Dlaczego ta branża ma problem wizerunkowy i kto za to odpowiada?
DA: Przez lata psychologię przedstawiano jako coś dla osób, które sobie nie radzą, a mental coaching często sprowadzano albo do motywacyjnych sloganów, albo niekończących się rozmów o emocjach. To zbudowało wiele niepotrzebnych stereotypów.
Tymczasem trening mentalny jest dla umysłu tym, czym siłownia dla ciała. Uczy koncentracji, odporności psychicznej, regulowania emocji, podejmowania decyzji pod presją i świadomego wykorzystywania własnego potencjału.
Za ten wizerunek odpowiada po trochu każdy – branża, która czasem obiecywała zbyt wiele, media upraszczające temat i kultura, która przez lata powtarzała mężczyznom, że mają być twardzi, a nie świadomi.
Paradoksalnie najlepiej rozumieją to osoby funkcjonujące pod największą presją. Pracuję z zawodnikami UFC, sportowcami sportów walki, żołnierzami jednostek specjalnych, przedsiębiorcami i liderami dużych organizacji. Dla nich trening mentalny nie jest oznaką słabości. Wręcz przeciwnie. Wiedzą, że skoro rozwijają ciało i kompetencje zawodowe, powinni rozwijać również umysł.
Dla mnie mental skills training nie jest terapią. To sposób na lepsze funkcjonowanie, podejmowanie trafniejszych decyzji i skuteczniejsze wykorzystywanie możliwości, które już w sobie mamy.
Najsilniejsi ludzie, których spotkałam, nie ignorują swojej psychiki. Oni ją świadomie trenują.

Co jest najtrudniejszą rzeczą do przepracowania z mężczyznami – nie fighterami, zwykłymi facetami, którzy do ciebie trafiają?
DA: Najczęściej jest to poczucie własnej wartości.
Na pierwszy rzut oka problemy dotyczą stresu, pewności siebie, relacji czy pracy. Jednak kiedy zaczynamy rozmawiać głębiej, bardzo często pojawia się jedno przekonanie: „Nie jestem wystarczający.”
Wielu mężczyzn nauczyło się budować swoją wartość na wynikach, pieniądzach, pozycji czy opinii innych ludzi. Problem pojawia się wtedy, gdy coś zaczyna się chwiać. Wraz z sukcesem lub porażką zaczyna chwiać się również ich poczucie własnej wartości.
Dlatego pracujemy nad budowaniem stabilniejszego fundamentu. Wyniki są ważne – żyjemy w realnym świecie. Sportowiec chce wygrywać, przedsiębiorca rozwijać firmę, a każdy z nas powinien brać odpowiedzialność za swoje życie.
Niebezpiecznie robi się wtedy, gdy człowiek zaczyna wierzyć, że jest wart tyle, ile jego ostatni rezultat.
Dużo bliższe jest mi myślenie oparte na procesie niż wyłącznie na efekcie. Kiedy uczysz się doceniać wysiłek, wartości i codzienną pracę, budujesz znacznie większą odporność psychiczną.
Pracujemy również nad relacją z samym sobą – nad szacunkiem, życzliwością i budowaniem tożsamości opartej na tym, kim jesteś jako człowiek, a nie na tym, co posiadasz czy osiągnąłeś.
Moim celem nie jest stworzenie człowieka, który dobrze funkcjonuje tylko wtedy, gdy wszystko idzie zgodnie z planem. Chcę pomóc zbudować taki fundament, który pozostaje stabilny także wtedy, gdy życie przynosi porażki.
Twój idol to Cus D’Amato. Co z jego filozofii stosujesz dziś, a co uważasz za przestarzałe?
DA: Cus D’Amato był wybitnym trenerem i naturalnym psychologiem, zanim psychologia sportu stała się tak rozwiniętą dziedziną jak dziś. Najbardziej imponuje mi to, że nie kształtował wyłącznie zawodników – rozwijał przede wszystkim ludzi.
Najbliższe jest mi jego podejście do strachu. Powtarzał, że bohater i tchórz odczuwają dokładnie ten sam lęk. Różni ich jedynie reakcja. To myśl, która pozostaje aktualna niezależnie od czasów.
Doceniam również jego zrozumienie psychologii. Dzisiaj nauka potwierdza to, co intuicyjnie wiedział – sposób myślenia wpływa na decyzje, emocje i zachowanie.
Jest jednak jedna rzecz, którą widzę inaczej. W czasach Cusa trener często był centralną postacią, wyznaczającą zawodnikowi jedyną słuszną drogę.
Ja wolę uczyć samodzielności.
Nie chcę, żeby ktoś wierzył w moją narrację. Chcę, żeby nauczył się tworzyć własną. Życie jest zbyt złożone, by istniała jedna prawda dla wszystkich. Każdy ma własne doświadczenia, wartości i historię.
Rolą mentora nie jest prowadzenie za rękę. Jest nią pomaganie ludziom odkrywać własny potencjał i podejmować świadome decyzje.

Mówisz, że neuroplastyczność nie ma wieku. Ale czy istnieje punkt, po którym zmiana mentalności staje się naprawdę trudna? Co go powoduje?
DA: To bardzo ciekawe pytanie, bo wokół neuroplastyczności narosło wiele uproszczeń.
Z naukowego punktu widzenia największą plastyczność mózgu obserwujemy w dzieciństwie i okresie dojrzewania. Wtedy uczymy się najszybciej i najłatwiej tworzymy nowe połączenia neuronalne. Dziś wiemy jednak, że mózg zachowuje zdolność do zmian przez całe życie. Możemy rozwijać nowe umiejętności, zmieniać nawyki, sposób myślenia i reakcje emocjonalne niezależnie od wieku.
Owszem, z czasem pewne procesy zachodzą wolniej i wymagają większej liczby powtórzeń czy większego zaangażowania. Sam wiek rzadko jest jednak największą przeszkodą.
Największym przeciwnikiem rozwoju są przyzwyczajenia.
Jeśli przez trzydzieści czy czterdzieści lat reagujemy w ten sam sposób, nasze schematy stają się niezwykle silne. Mózg lubi to, co znane i przewidywalne, ponieważ pozwala mu oszczędzać energię. Nowe zachowania zawsze wymagają większego wysiłku, dlatego zmiana często wydaje się niewygodna, nawet jeśli wiemy, że jest dla nas dobra.
Dlatego często powtarzam, że największym wrogiem rozwoju nie jest wiek, lecz komfort i przekonanie, że już niczego nie musimy się uczyć.
Sama wiedza również nie wystarczy. Przeczytanie książki czy wysłuchanie podcastu nie zmienia człowieka. Zmiana następuje dopiero wtedy, gdy nowe myślenie zaczyna przekładać się na codzienne działania.
Z mojego doświadczenia wynika, że największe transformacje bardzo często przechodzą osoby dojrzałe. W pewnym momencie życia są po prostu gotowe spojrzeć na siebie uczciwie i zadać sobie pytanie: „A jeśli istnieje lepszy sposób życia niż ten, który znam?”
Jaka jest różnica między „growth mindset” ze słupków Instagrama, a prawdziwą pracą nad sobą? Gdzie leży granica między rozwojem a samookłamywaniem się?
DA: Dla mnie wszystko zaczyna się od właściwego zrozumienia pojęcia growth mindset.
To przekonanie, że nasze umiejętności, charakter czy sposób funkcjonowania nie są czymś stałym. Możemy się rozwijać poprzez świadomy wysiłek, doświadczenie i naukę. Dzięki temu porażka przestaje być dowodem naszej niewystarczalności, a staje się informacją zwrotną.
To właśnie buduje odporność psychiczną.
Resilience nie oznacza przecież, że nic nas nie rusza. Oznacza zdolność do powrotu po kryzysie, błędzie czy porażce. Bardzo lubię angielskie określenie bounce backability – umiejętność podnoszenia się i odzyskiwania równowagi.
Problem w tym, że media społecznościowe często pokazują rozwój jako niekończące się pozytywne myślenie i motywacyjne hasła.
Prawdziwa praca nad sobą wygląda zupełnie inaczej.
To momenty, w których musisz zobaczyć własne błędy, mechanizmy obronne i wymówki. Zadać sobie niewygodne pytania. Przyznać, że czasami sam jesteś największą przeszkodą na swojej drodze.
Rozwój nie polega na stawaniu się kimś innym. Polega na usuwaniu tego, co nie pozwala ci być sobą.
Uczy również akceptacji całego życia – nie tylko sukcesów, ale także porażek, niepewności i trudnych emocji. Bardzo często cierpimy nie dlatego, że życie jest trudne, lecz dlatego, że próbujemy za wszelką cenę unikać tego, co niewygodne.
Granica między rozwojem a samookłamywaniem pojawia się wtedy, gdy zmieniają się jedynie nasze słowa.
Możemy znać wszystkie modne pojęcia z psychologii, przeczytać dziesiątki książek i słuchać inspirujących podcastów. Jeśli jednak nasze codzienne zachowanie pozostaje takie samo, prawdziwa zmiana jeszcze się nie wydarzyła.
Ostatecznie to nie wiedza świadczy o rozwoju. Świadczą o nim nasze decyzje i działania.

Sama przegrywałaś walki. Miałaś momenty, w których twój własny mental zawiódł. Kiedy to było i jak z tego wyszłaś, bez upiększania?
DA: Oczywiście, że takie momenty były.
Dzisiaj patrzę na tamten etap z zupełnie innej perspektywy, bo jako mental performance coach rozumiem psychologię znacznie lepiej niż wtedy, gdy sama startowałam.
Miałam świetnych trenerów technicznych, ale zabrakło mi czegoś, co dziś uważam za równie ważne – rozwijania człowieka, a nie wyłącznie zawodnika.
Nie wiedziałam, czym jest trening mentalny. Nie rozumiałam regulacji emocji, pracy z układem nerwowym, wewnętrznego dialogu czy świadomego radzenia sobie z presją. Całą energię inwestowałam w rozwój fizyczny, wierząc, że lepsze wyniki sprawią, iż poczuję się lepiej sama ze sobą.
Dopiero pod koniec kariery zaczęłam dostrzegać, jak ogromny wpływ na sport mają psychika i sposób myślenia. Później obserwowałam to już jako trenerka, pracując z zawodnikami.
Jednym z największych błędów było budowanie własnej wartości wyłącznie na wynikach. Wydawało mi się, że zwycięstwa i porażki mówią o tym, kim jestem. Gdy przegrywałam walkę, czułam, że sama jestem porażką. Nie potrafiłam oddzielić swojej wartości od rezultatu.
Dzisiaj wiem, że to bardzo niebezpieczna pułapka.
Sport nauczył mnie czegoś znacznie ważniejszego niż wygrywanie. Zrozumiałam, że wyniki mają znaczenie, ale nie definiują człowieka. Życie jest przestrzenią do poznawania siebie poprzez doświadczenia – zarówno te piękne, jak i bolesne.
Porażka przestała być dla mnie wyrokiem. Stała się informacją.
Od tamtej pory buduję swoją wartość nie na rezultatach, lecz na charakterze, wartościach i sposobie, w jaki przechodzę przez życie.
To jedna z najważniejszych lekcji, jakie dał mi sport. Bo kiedy przestajesz mylić to, kim jesteś, z tym, co robisz, zyskujesz znacznie większą wolność. Paradoksalnie właśnie wtedy często zaczynasz osiągać również lepsze wyniki.
Kiedy ostatnio twój własny mental cię zawiódł – nie jako trenerkę, ale jako człowieka? I co wtedy zrobiłaś?
DA: Jak każdy człowiek miewam momenty niepewności, stresu czy frustracji. Najczęściej pojawiają się one w bliskich relacjach, bo to właśnie one najmocniej dotykają naszych emocji, potrzeb i oczekiwań.
Zdarza mi się również wracać myślami do przeszłości i zastanawiać, czy pewne decyzje mogłam podjąć inaczej. Bywa, że martwię się o przyszłość – o zdrowie i bezpieczeństwo bliskich czy o kierunek, w którym zmierza świat.
To naturalne.
Jednym z największych mitów dotyczących psychologii jest przekonanie, że osoba zajmująca się treningiem mentalnym przestaje doświadczać trudnych emocji. Tak nie jest.
Nie chodzi o to, żeby przestać czuć. Chodzi o to, żeby nauczyć się lepiej z tymi emocjami funkcjonować.
Zdarza mi się również popełniać błędy jako trenerka. Po czasie czasem widzę, że mogłam zadać inne pytanie, szybciej dostrzec jakiś sygnał albo podjąć lepszą decyzję. Bywają dni, kiedy jestem zmęczona czy mniej skupiona. To po prostu część bycia człowiekiem.
Największa zmiana polega na tym, że dziś nie oczekuję od siebie perfekcji.
Oczekuję gotowości do zauważenia błędu, wyciągnięcia wniosków i zrobienia kolejnego kroku lepiej.
Kiedy czuję, że emocje zaczynają przejmować kontrolę, zatrzymuję się. Wracam do oddechu, obserwuję własne myśli i przypominam sobie, na co naprawdę mam wpływ.
Odporność psychiczna nie polega na tym, że nigdy nie tracimy równowagi. Polega na tym, że potrafimy do niej wrócić.

Gdybyś miała dać jednemu facetowi – 35 lat, ambitny, ale gdzieś utknął – trzy rzeczy do zrobienia w tym tygodniu, żeby zacząć naprawdę pracować nad głową. Bez aplikacji, bez sesji, bez wydawania pieniędzy. Co mu mówisz?
DA: Po pierwsze – zatrzymaj się.
Codziennie znajdź dziesięć minut, podczas których usiądziesz w ciszy. Bez telefonu, muzyki i rozpraszaczy. Obserwuj swoje myśli, emocje i reakcje.
Większość ludzi próbuje całe życie zmieniać siebie, nigdy wcześniej siebie naprawdę nie poznając. A każda zmiana zaczyna się od świadomości.
Po drugie – zadaj sobie jedno niewygodne pytanie:
„Co już wiem o swoim życiu, ale wciąż nie miałem odwagi przyznać tego przed samym sobą?”
Bardzo często odpowiedź już w nas jest. Problem polega na tym, że nie chcemy jej usłyszeć.
Po trzecie – zrób jedną rzecz, której od dawna unikasz.
Jedną rozmowę. Jeden telefon. Jedną decyzję.
Nie dlatego, że będzie idealna. Dlatego, że działanie buduje sprawczość.
Wydaje nam się, że potrzebujemy więcej motywacji. Tymczasem częściej potrzebujemy po prostu więcej odwagi.
Sport nauczył mnie jeszcze jednej ważnej rzeczy – wynik ma znaczenie, ale nie definiuje człowieka.
Dlatego przestań traktować siebie jak projekt do naprawienia. Potraktuj siebie jak człowieka, którego próbujesz naprawdę zrozumieć.
I pamiętaj o czymś, o czym rzadko chcemy myśleć – nasze życie kiedyś się skończy.
Ta świadomość potrafi ustawić właściwe proporcje. Większość rzeczy, którymi dziś się zamartwiamy, z perspektywy czasu okaże się mało istotna.
Na końcu prawdopodobnie nie będziemy pamiętać wszystkich stresów i niepowodzeń. Będziemy pamiętać, czy mieliśmy odwagę żyć zgodnie ze sobą.
Nie perfekcyjnie. Autentycznie.
Kiedy wiesz, że twoja praca z kimś się skończyła, że możesz go puścić?
DA: Moja praca kończy się wtedy, gdy człowiek przestaje mnie potrzebować na co dzień.
Kiedy potrafi sam zauważyć własne schematy, regulować emocje, wracać do równowagi po trudnych momentach i podejmować odpowiedzialne decyzje.
Nigdy nie chcę budować zależności.
Największym sukcesem jest dla mnie sytuacja, w której ktoś staje się swoim własnym trenerem.
Jednocześnie wierzę, że dobre relacje mentorskie rzadko kończą się definitywnie. One po prostu ewoluują.
Życie nieustannie stawia przed nami nowe wyzwania. Wraz z rozwojem pojawiają się kolejne pytania, których wcześniej nawet nie potrafiliśmy sobie zadać.
Dlatego wiele osób wraca po latach. Nie dlatego, że sobie nie radzą. Wracają, bo weszli na kolejny etap życia, biznesu, sportu czy relacji i potrzebują nowej perspektywy.
Rolą mentora nie jest dawanie gotowych odpowiedzi. Rolą mentora jest pomaganie ludziom odnaleźć własne.
Jeśli więc miałabym odpowiedzieć najkrócej – moja praca kończy się wtedy, kiedy ktoś potrafi samodzielnie iść przez życie.
A relacja? Ta często zostaje na dłużej.

Siła zaczyna się od świadomości
Rozmowa z Darią Albers pokazuje, że odporność psychiczna nie ma nic wspólnego z tłumieniem emocji czy udawaniem niezniszczalnego. To codzienna praca nad sobą, budowanie wewnętrznego spokoju i odwaga, by przyglądać się własnym słabościom bez uciekania od nich.
W świecie, który nieustannie wymaga większej skuteczności, produktywności i odporności, łatwo zapomnieć, że największym zasobem człowieka pozostaje jego świadomość. To ona pozwala podejmować lepsze decyzje, budować zdrowe relacje i zachowywać równowagę wtedy, gdy wszystko wokół zaczyna się chwiać.
Być może właśnie dlatego trening mentalny przestaje być dziś domeną zawodowych sportowców. Coraz częściej staje się narzędziem dla każdego, kto chce nie tylko osiągać więcej, ale przede wszystkim żyć bardziej świadomie.

